sobota, 11 września 2010
autostrada oczywiscie. jest tak. jadę. no i przestało boleć. nie powiem żebym się nie starała. bo starałam się. poza tym urosły mi włosy. tak do połowy łopatki. jak w jakimś śnie. ciągle się kręcą. ciebie pamietam jak przez mgle. a szkoda. najgorsze jest to że wszystko co mam tobie do powiedzenia jest tak samo wypowiedzenia nie warte. labirynty. lamigłówki. i te bariery. to właśnie nas łączy. wjeżdżam do miasta. temperatura wzrasta o całe dwa stopnie. moze sie myle ale nie sądzę abym miała się w najbliższym czasie obudzić.
poniedziałek, 05 października 2009
działasz jak odważnik położony na jednej z szal pustej do tej pory wagi. ja jestem wagą. szala spada i z hukiem uderza o podstawę. nie ma żadnej przeciwwagi. jest za to poważna asymetria i nieokreslone w czasie chwianie. co będzie potem? własciwie wszystkie słowa tracą sens jeszcze zanim zostaną wypowiedziane. - wska wska... - taka polska końcowka - uprzejmie odpowiadam na pytanie przemiłej pani w rejestracji -wu-es-ka-a. rzadko sie zdarza żeby ktoś bezbłędnie zrozumiał moje nazwisko. muszę literowac. albo początek albo środek albo koniec. pytasz mnie jakie są moje zamiary. śnią mi się fasady kamienic które muszę pomalować razem z kilkoma pracownikami z którymi chyba tworzymy firmę. jakiś wewnętrzny niepokój podpowiada mi że jest juz dawno po terminie. - nie wiem od czego zaczać - myślę panicznie jak zawsze wtedy kiedy wiem że nie ma juz czasu a jest tyle do zrobienia. z fasad tych ciasno stłoczonych kamienic w których toczy sie zwyczajne miejskie życie płatami odchodzi stara farba. okna pomalowane na kolor ścian... mimo mglistych skojarzeń z czymś mi doskonale znanym wciąż nie tracą uroku. nie można położyc nowej farby zanim nie zeskrobie się starej. prawda?
sobota, 25 lipca 2009
pocałunek jest przypadkowy. miękki i wciągajacy. jak błogi sen po sutym posiłku. zanurzam się w nim na sekundę i odrywam tylko po to zeby zaraz znowu chciwie go poszukac. jest ciepło i ciężar wiszącego nade mną ciala. jest smak obcej śliny. zapach potu. tarcie. nie ma tylko ciebie. - utulić cię do snu? - tak. proszę. zrób to. będę gdzie indziej.
czwartek, 11 czerwca 2009
powtarzam przed lustrem. łagodnym szeptem. do mojego wewnętrznego dziecka. potem zerkam na zegarek. nawykowo. jest poźno. 5.50. czas dokończyć makijaż. muskam brudnym różem kości policzkowe. powieki czymś od czego tęczówka robi się jak woda z nieczyszczonego dawno akwarium. 6.24. nie wiem gdzie podziały się cenne poranne minuty. czas znowu pobiegł zbyt szybko. jak dla mnie. wychodząc w pośpiechu spotykam przed domem sąsiada. jest jak w zegarku. wraca z joggingu. zdyszany. lubię na niego patrzeć. chwilę zastanawiam się jaki dystans pokonuje codziennie skoro wracając nie jest w stanie mnie rozpoznać. jestem dla niego tylko jedną z wielu pulsujących przed oczami plam. poprawiam sukienkę pod pośladkami i myśle o tym że pierwszy wolny dzień spedzę w gorącym słonecznym ogrodzie. z książką. gwałtowna burza nadejdzie z południa. jaskółki oszaleją. przekręcam kluczyk. zwalniam sprzęgło wciskając jednocześnie gaz. przekręcam kierownicę i zawracam w stronę miasta wzbijając mały tuman kurzu.
piątek, 24 kwietnia 2009
nad gęstą czarną wodą latają leniwie niebieskie wazki..... snuje sie jakaś muzyka. bossa nova. novi singers. jest wieczór. liczę do trzech. trzy lata. trzy dni. nic sie nie zmienia. pieprzona magia liczb. a... jakby się tak od tego uwolnić? zeszłe wakacje. gdzie ja wtedy byłam? w grecji? nie. nieeeee. to było trzy lata temu. to było wtedy. w końcu zapominam sobie odpowiedzieć. ty? jesteś poza treścią. wiec jesteś. jesteś. jakie to oczywiste. czemu nie wpadłam na to wcześniej? czasu nie da sie cofnąć - mówię męskim głosem przechodząc z tylnego siedzenia na przednie. dobitnie. zawiedziony? budzą mnie rączki małego s. na zmiętą pościel pada wschodnie światło - mamo...? czemu kobiety tak długo śpią...? - kobiety w ogóle nie śpią długo - mamroczę przyduszona małym ciałkiem - to ja lubię długo spać. zawsze kiedy mam okazję - co ci sie śniło mamo? - a co śniło sie tobie? - pytam bo nie potrafię opowiedzieć. - jechaliśmy samochodem. piękną doliną. mały s. patrzy na mnie. ma niebieskie oczy. jak ja. jak ty. jak on. uśmiechamy sie do siebie.
sobota, 21 marca 2009
zastanawiasz się czemu milczę? tak? sprzątałam. największą trudność sprawiła mi szyba od kuchenki. jest taki brud którego nie sposób usunąć. brud który ignoruje się miesiącami. nie zastanawiasz się. wiesz wszystko doskonale. z jednym może wyjątkiem. to strach jest gorszy od nienawiści.
poniedziałek, 01 grudnia 2008
siedzimy z b. w paryskim bistro. ja w skórzanym fotelu który staram się zająć zawsze kiedy tutaj jestem b. zaś na kanapie obok. wpatruje sie we mnie i nie przerywa ani na moment swojego monologu prowadzonego z uwielbieniem zarówno dla formy jak i treści. od czasu do czasu dotyka pod stołem mojego kolana albo uda co wprawia mnie w zabawne zakłopotanie bo b. jest przecież rasowym pedałem a mimo to jego dotyk sprawia mi przyjemność. zdaje się że on doskonale o tym wie. drań. opowiada o ostatnim kochanku poznanym przypadkiem kiedy nic a nic nie wskazywało na tak spektakularne zakończenie kolejnego nudnego wieczoru. dla odmiany myślę o końcu swojego związku który tak naprawdę nigdy nie był żadnym związkiem i w związku z tym nie wiadomo czy można mówić o końcu jeśli nie było początku. - nie należy mylić pieprzenia z miłością - wyrokuje nagle b. tonem znawcy i na zakończenie swojego wywodu dodaje - aczkolwiek pieprzenie bez jakichkolwiek uczuć jest nic nie warte. z głośników złośliwie sączy się i've never been in love before w wykonaniu cheta bakera. przez głowę przelatuje mi stado rozwrzeszczanych kaczek. trudno powiedzieć w którym właściwie kierunku zmierzają. kiwam ponuro głową wpatrując się w filiżankę na sąsiednim stoliku z której brzegu spływają leniwie zgęstniałe krople kawy. przychodzi kelner. zamawiamy to co zawsze.
poniedziałek, 27 października 2008
nie było. nie będzie. robię listę spraw na jutro. zostawić klucz pani zosi. dojechać do pracy. nie spoznic sie. zrobić plan działania na najblizsze cztery tygodnie. dobrze by było wlać w końcu płyn do spryskiwaczy. wciąż majaczysz miedzy sprawami. moja ręka leniwie błądzi po twoim ubranym w jeans kroczu.
czwartek, 14 sierpnia 2008
wszedł do pokoju hotelowego. innego niż wszystkie ale jednak wszystko co miało tam swoje miejsce nie pozwalało sądzić inaczej: był to tylko kolejny hotelowy pokój. nic wiecej. był zmęczony. usiadł na łóżku ale zanim upadł na plecy i zasnał w swoim drogim garniturze wyciągnął z kieszeni telefon. wpisał treść wiadomości a potem wybral opcje: wyslij do wielu. a wlasciwie: wyślij do wszystkich. wszystkich kobiet ktore kiedykolwiek mogły być jego. wszystkich tych kobiet których tak szaleńczo pragnął.
sobota, 28 czerwca 2008
znowu jestem pusta. wszystko co zdąży we mnie powstać ulatnia się zanim ty zrobisz jakikolwiek gest.
środa, 11 czerwca 2008
ogrodowy spryskiwacz brzmi zupełnie jak cykady o których wyglądzie mam blade pojęcie. wsłuchuję się w ich muzykę a przez głowę przelatują mi wszystkie prześwietlone plaże i pachnące rozgrzane ogrody w których byłam wysuszone lawendowe wzgórza senne mieszkania w pobliżu morza z okiennicami na przyrdzewiałych zawiasach. szum wentylatora. zapach igliwia unoszący się w powietrzu. zapowiedź czegoś. dialogi które miały miejsce. czasem to była cisza. źdźbło trawy wędrujące po moich plecach jak robak który przedziwne ale nie wzbudza obrzydzenia. i znowu. i jeszcze. tak właśnie brzmi lenistwo. przez zmrużone oczy patrzę na swój mały palec. nie dochodzę do żadnego wniosku. - a ty? kim chciałabys byc? - pyta mnie ktoś po obiedzie kiedy przychodzi pora na popisy dzieci. - kims innym - odpowiadam. kropka. jak zwykle nie stawiam przecinka. koniec.
sobota, 10 maja 2008
how are you getting on today and how was your night? i hope that you are doing
very great my dear. i am fine too. my name is ... . i saw your profile at www. ... .com. and i love it. i ithink we can click so please i will like you to email me back through my email address. i will like you to send me your email address so that i will tell you more about myself and also my picture you to know who i am. hope you understand. thanks. awaiting to see your lovely reply soonest.
...
piątek, 04 kwietnia 2008
- a dlaczego napisałaś o niej? - pyta matka - przecież możesz napisać o mnie. - ale chcę napisać o niej mamo - mówię i wyraźnie czuję w ustach gorycz zdrady. gorycz którą czują wszyscy zdradzający świata. rozlewa się w mojej buzi gęstą mazią zaklejając kubki smakowe. wszystkie. co do jednego. żebym mogła go dobrze rozpoznać w przyszłości. następnego dnia na polskim tylko kilka osób czyta swoje wypracowanie na głos. ona czyta jako ostatnia. czyta o swoim psie. lassie. że ma zielone oczy i że to ona właśnie jest jej największym przyjacielem. gapię się na jej tornister. zahipnotyzowana. jest troszkę podniszczony. to nic. rodzice na pewno kupią jej nowy.
piątek, 21 marca 2008
cieszą się znakomitym zdrowiem. charakterystyczną ich cechą jest odwaga połączona z dumą i godnością. gościnni. przyjacielscy. inteligentni. bardzo lubiani. szanują wolność i poglądy innych. niezależni. nie znoszą żadnego nacisku. są egocentrykami.
środa, 19 marca 2008
leniwie rozpakowuję walizkę. czynność ta kosztuje mnie dwa razy więcej energii i czasu niż jej zapakowanie. nie żebym wcześniej wrzucała tam co popadnie. bezmyślnie. w pośpiechu. a potem dopychała zawartość butem i siadając na wierzchu jedną ręką mozolnie zasuwała zamek druga ręka zaś wciskałaby niesfornie wystające skrawki do środka. byleby zapiąć. o nie. wiesz przecież że lubię wyjeżdżać. ale powroty? 19 marzec. za oknem pada śnieg. myśl o przejażdżce rowerem po rozgrzanej letnim słońcem polnej drodze jest jak natrętna mucha. nie mogę się od niej opędzić. I'm back baby I'm back.
piątek, 01 lutego 2008
sama nie wiem z czego to wynika. prawdopodobnie zmienia się światło. kąt padania w stosunku do pory. tak zwany pewnik zmian. albo.... albo to że dni przestają się mieszać z nocą. że dni przestają się mieszać z innymi dniami. że zaczynam czuć doskonale znany niepokój. tak na niebie jak i między nogami...
niedziela, 13 stycznia 2008
przez chwilę myślę że jestem świetna. niepowtarzalna. że ocieram się o doskonałość. potem wraca zdolność krytycznej samooceny jak zapomniana krewna (powiedzmy że z argentyny) i zastanawiam sie w jej niechcianym towarzystwie głośno popijając lurowatą i przesłodzoną herbatkę i pogryzając równie przesłodzone ciasteczka czy z zewnątrz sprawa wydaje się być równie nudna jak od środka. czy a jest a czy może jest czymś innym. środek dodam jest moją własną niepowtarzalną przesłodzoną świetną perspektywą. bo jakie to do cholery musi być nudne widzieć wciąż to samo. to samo ubrane wciąż w te same szmaty. bez wysiłku i choćby maleńkiego pragnienia żeby oddalić się odwrócić w inną stronę nie mówiąc już o wyjściu na zewnątrz i staniu czymś innym. jeśli wiesz co chcę powiedzieć. jeśli wiesz co chcę powiedzieć...
piątek, 11 stycznia 2008
z antypodów. jak dawniej. m. mówiła że się jej śniłam. jechałyśmy razem w metrze. był tłok. stałyśmy bardzo blisko siebie. - miałaś dużo większe cycki niż masz na prawdę - mówiła m. - najpierw zaczęłam cię obmacywać a potem podniosłam ci bluzkę i zobaczyłam że wokół sutków wyrastają ci strusie pióra. - och! to musiało być straszne - powiedziałam.- nie - to było całkiem ładne - odpowiedziała m. - zapytałam cię co to jest.- futro zen - odpowiedziałam.
czwartek, 06 grudnia 2007
dni jak tygodnie. tygodnie jak miesiace. miesiace jak lata. nawet wino ma smak niekontrolowanego poślizgu po mokrej kostce. sekunde przed mostem zwierzynieckim... zaledwie. wciąga mnie inny świat. wsysa. poddaje się z przyjemnością.
piątek, 02 listopada 2007
środa, 31 października 2007
wszystko składa się z chwil. chwile. kompilacje. marzenia. kurwa mać. nawet nie chce mi się tego ubierać w słowa. dlatego... dlatego właśnie.
czwartek, 18 października 2007
w ciemnym świetle średniej jadłodajni nachylam się nad książką. nie przyciąga mojej uwagi. poza tym w sobotni poranek w średniej jadłodajni aż roi się od ludzi. rozpraszają mnie ale lubię na nich patrzeć. przyklejam do nich zmyślone historie. na przykład ta para która wchodzi. ona skromna blondynka z włosami spiętymi luźno i on. wyższy od niej jakieś pół głowy. pryszczaty. ubrany w ortalion. swobodnie mógłby odwiedzić fryzjera. ona ma skłonność do zamyślania się. bibliotekarka na pierwszy rzut oka. on student polibudy. informatyk albo fizyk. tak. fizyk. wyglądają na parę choć nie trzymają się za ręce. nawet się nie dotykają. tym niemniej mogli przed chwilą wyjść z łóżka. być może ona wciąż jeszcze czuje go w środku. być może za kilka lat będą ślubować sobie miłość wierność i uczciwość. i że się nie opuszczą. w ełku chełmie czy innym mieście. potem zamieszkają razem. nawiasem. jak można ślubować komuś miłość? więc być może dojdą do tego wcześniej i nie będą ślubować. ona podejmie pracę w miejscowej bibliotece i nieproporcjonalnie roztyje się w biodrach. on wyjedzie na dobrze płatne stypendium zagraniczne i ugrzęźnie w pracy naukowej. nigdy się nie zobaczą. a może zobaczą? coż. przyszłość niesie ze sobą parę możliwości. teraz mijają mnie wciąż razem zmierzając wprost do baru. otwieram książkę i wracam do miejsca w którym znajdowałam się wcześniej.
poniedziałek, 17 września 2007
leżymy z małym s. na podłodze. liczymy kto ma więcej żeber. choć powiem ci coś do uszka. tylko nie że mnie kochasz. dlaczego? powiedz mi coś czego jeszcze nie wiem.
sobota, 15 września 2007
próbujesz odwiedzić adres który jest niedostępny. upewnij się czy adres. upewnij się czy. sprawdź czy. jeżeli myślisz że... wyłącz opcję. chyba że wiesz. odśwież stronę. potrzebujesz pomocy? naciśnij klawisz. potrzebuję?
piątek, 14 września 2007
jest coraz zimniej. nie da sie już pić kawy na ulicy. a szkoda. wszystko się zmienia. odzwyczajam się od palenia bo robią mi się zmarszczki. właściwie już się odzwyczaiłam. odzwyczajam się od pisania bo odzwyczaiłam się od czytania. odzwyczajam się od myślenia bo kurewsko mnie rozprasza. odzwyczajam się od jedzenia. facetów. picia. kochania. mówienia. wydawania kasy na ciuchy. wydawania kasy tak w ogóle. i paru jeszcze innych rzeczy. wszystko z powodu tego chłodu. zbliża się zima. jak zwykle zima będzie cholernie biała. nawet jeśli bez śniegu.